Panie i panowie, poznajcie Paula Raymonda (właściwie Geoffreya Quinna) -
niekwestionowanego króla Soho na londyńskim West Endzie. Nasz legendarny
gospodarz jest właścicielem nocnych klubów oraz wydawcą magazynów
erotycznych. Do jego kabaretu wpadają Rolling Stonesi i Beatelsi - Ringo Starr pomógł mu urządzić apartament po rozwodzie, a przyjaźnił się ze wszystkimi oprócz Yoko Ono.
Ten zaradny przedsiębiorca tworzący z miłości biznes pokazany jest
również z innej perspektywy. Z drugiej strony łączą go
przyjaźnie-toksyczne relacje z córką Debbie, która jako jedyna jawi się
godną miana spadkobierczyni jego imperium. Wszystkie te informacje
spłynęły na przedpremierowym pokazie 6. edycji OFF Plus Camery w
Krakowie filmem "The Look of Love" - dystrybutor już w tym czasie wybrał polski tytuł: "Prawdziwa historia króla skandali"
i jak rzadko można mu to oddać - ten tytuł jest nie tylko bardziej
komercyjny i dosłowny, ku memu zdumieniu jest też trafniejszy.
Reżyser Michael Winterbottom wciąż jest u nas chyba popularny inaczej. Dzieje się tak dlatego, że porusza się w obrębie każdego gatunku filmowego i szalenie trudno go zlokalizować, gdyż każdy obraz prezentuje właściwy tylko sobie styl. Niektórzy mogą podziwiać jego zaangażowane dokumenty, inni adaptacje filmowe, niezależne produkcje, muzyczne fascynacje lub komediowy talent do spółki ze Steve'em Cooganem (i tu wyjątkowo bo mamy dyptyk "Tristram Shandy: Wielka ściema" oraz "The Trip"). Z tym ostatnim reżyser, ceniony za jawną awersję do powtarzalnych schematów, spotyka się właśnie w omawianej premierze i nagle jego autorytet staje się zagrożony. Moim bardzo osobistym wrażeniem jest, że stara się jak może by utrzymać zasłonę człowieka, który zabił teorie "kina autora" i to z ogromną klasą. Robi co może, zamienił swojego stałego w takich przypadkach scenarzystę Franka Cottrella Boyce'a na prace na tekście Matta Greenhalgha prawdziwego mola od brytyjskich biografii ("Control", "John Lennon. Chłopak znikąd"). Wygląda więc na to, że zrezygnowano tu całkowicie z improwizacji, nie użyto żadnych materiałów archiwalnych, zmieniono styl wizualny a mimo to historia przypomina "24 Hour Party People". Otóż raczej niezamierzenie ta biografia pokrywa się z Tonym Wilsonem, ponieważ Paul Raymond w wykonaniu Coogana kolejny raz dopuszcza się elokwentnych tyrad, ćpa, zdradza i traktuje rodzinę w taki sam sposób, różni go tylko to co stworzył - króla skandali nie darzymy już taką sympatią, ponieważ nie miał aż tak wybitnego wkładu w kulturę a zarobił na tym znacznie więcej.
Reżyser Michael Winterbottom wciąż jest u nas chyba popularny inaczej. Dzieje się tak dlatego, że porusza się w obrębie każdego gatunku filmowego i szalenie trudno go zlokalizować, gdyż każdy obraz prezentuje właściwy tylko sobie styl. Niektórzy mogą podziwiać jego zaangażowane dokumenty, inni adaptacje filmowe, niezależne produkcje, muzyczne fascynacje lub komediowy talent do spółki ze Steve'em Cooganem (i tu wyjątkowo bo mamy dyptyk "Tristram Shandy: Wielka ściema" oraz "The Trip"). Z tym ostatnim reżyser, ceniony za jawną awersję do powtarzalnych schematów, spotyka się właśnie w omawianej premierze i nagle jego autorytet staje się zagrożony. Moim bardzo osobistym wrażeniem jest, że stara się jak może by utrzymać zasłonę człowieka, który zabił teorie "kina autora" i to z ogromną klasą. Robi co może, zamienił swojego stałego w takich przypadkach scenarzystę Franka Cottrella Boyce'a na prace na tekście Matta Greenhalgha prawdziwego mola od brytyjskich biografii ("Control", "John Lennon. Chłopak znikąd"). Wygląda więc na to, że zrezygnowano tu całkowicie z improwizacji, nie użyto żadnych materiałów archiwalnych, zmieniono styl wizualny a mimo to historia przypomina "24 Hour Party People". Otóż raczej niezamierzenie ta biografia pokrywa się z Tonym Wilsonem, ponieważ Paul Raymond w wykonaniu Coogana kolejny raz dopuszcza się elokwentnych tyrad, ćpa, zdradza i traktuje rodzinę w taki sam sposób, różni go tylko to co stworzył - króla skandali nie darzymy już taką sympatią, ponieważ nie miał aż tak wybitnego wkładu w kulturę a zarobił na tym znacznie więcej.
Na
szczęście nie samą rolą główną (tytułową) widz żyje. Jako, że pan Paul
Raymond lubił otaczać się nie tylko kobietami na jednorazową orgię,
wspiera go silna ekipa aktorek. Coraz bardziej popularna młoda Brytyjka Imogen Poots (na tym samym festiwalu mogliśmy ją podziwiać w świetnym "A Late Quartet")
wciela się w postać córki Raymonda. Nie każda wyjadaczka potrafiłaby z
takim przekonaniem zagrać postać brzydkiego kaczątka i zabawki
próbującej dorównać legendzie o równie skorej chęci do poświęceń jak i w
następstwie do upokorzeń - scena z rozpłakaniem się w restauracji chyba
najbardziej zapada w pamięć. Dalej mamy mniej szczegółową Anne Friel w roli odpuszczającej mu większość jego grzechów żony oraz standardową kochankę w wykonaniu Tamsin Egerton (Ginewra z "Camelotu"),
która na szczęście przechodzi w pewnym momencie przemianę na korzyść
tego filmu. Mężczyźni, którzy rządzą w tym świecie sprowadzeni są tylko
do znudzonych epizodów, choć chwała przerywnikom w wykonaniu Wielebnego
Edwyna Younga.
Odczuwam, że Winterbottom
rzuca sobie kłody pod nogi świadomie, żeby pokazać, że stałe elementy
potrafi przerobić na mające wciąż świeże zastosowanie. W tym pojedynku
faktycznie remisuje, ale remisuje bardzo sprytnie. Otóż pod powłoką
moich rozważań o starciu z autorstwem prawie przegapiłem, że zrobił po
prostu średni film.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz